Przepowiadanie przyszłości

<  http://wrozkamalgorzatatrzaskoma.pl/kontakt>

< http://www.4wymiar.pl/postacie/wrozbicy-jasnowidzacy-media/4,malgorzata-trzaskoma.html>

Małgorzata Trzaskoma

Dom powinien pachnieć kuchnią, potrawami, świeżym chlebem, wtedy staje się domem prawdziwym, magicznym, do którego chce się przyjść, za którym się tęskni. Zawsze powinien być gotowany obiad. Zimne zakąski nie mają tej energetyki ognia, nawet jeśli to tylko płomień gazowy. Nigdy w mikrofali. Gotowanie to duża odpowiedzialność. W przygotowywane potrawy wchodzi energia tego, kto posiłek szykuje. Dobrze myśleć o rzeczach radosnych, miłych, pozytywnych – wówczas najzwyczajniej znajdą się w domowej grochówce i kiedy wszyscy usiądą przy stole, jest ciepło i serdecznie – mówi Małgorzata Trzaskoma, wizjonerka, tarocistka, mistrzyni reiki.

Chleb pieczony w domu, ciasto albo inna skomplikowana potrawa nie „wyjdzie”, jeśli kucharz ma zły dzień, jest wściekły i trzaska garnkami. Prababcie zawsze mówiły, żeby kobieta nie robiła przetworów, kiedy ma okres. Nigdy się nie udadzą. Ani kiedy jest wściekła. Ani przed burzą. Babcia, kiedy sypała przyprawy do garnka najpierw wysypywała je na rękę, a potem dopiero wrzucała do zupy. – Tak trzeba – odpowiadała zawsze, gdy ktoś ją o to zapytał. – Moja matka też tak robiła… I to wystarczyło.
Wiara w to, że tradycyjne rytuały są najwłaściwsze, bo wywodzą się z mądrości pokoleń, była niezachwiana. Babcia dodawała też pestki do wekowanych kompotów i konfitur. I len do chleba.
Dziś każdy z tych „zabobonów”, jak nazywają tradycję prześmiewcy, ma, jak się okazuje, naukowe uzasadnienie. Zaleca się jedzenie owoców z pestkami i nasiona lnu, bo zawierają witaminę B17, amigdalinę, która przeciwdziała powstawaniu nowotworów.

Energetyka otwartej dłoni
i zatrzymanie w niej choć na chwilę drobinek soli, pieprzu lub kminku niesie ze sobą lepsze gotowanie. Może i serdeczniejsze.
Ciasta też kiedyś pachniały w kuchni. Teraz trzeba zwracać uwagę na linię, więc znacznie rzadziej widać je na talerzykach przy kawie. Ale jeśli jakaś uroczystość albo święta…
– Mamo, mamo, twoje jedzenie jest magiczne – mówiły dzieci, kiedy były dużo mniejsze.
Całe życie to magia energetyczna. Energia w każdej postaci otacza nas od urodzenia do śmierci. Umiejętnie z niej korzystając, możemy żyć długo i w dobrym zdrowiu. Energia to także wypowiedziane do kogoś słowo, to przytulenie się do człowieka albo do drzewa, albo do zwierzęcia. To ładny kształt kubka w serduszka, który dostaliśmy od kogoś bliskiego i codziennie pita w nim herbata.
Ta energia była ze mną od początku, jak tylko pamiętam. Dziadek przyjaźnił się z zakonnikami, często woził ich swoją taksówką „po ludziach”, których z dobrym słowem i wsparciem odwiedzali. Ci zakonnicy zajmowali się leczeniem, zielarstwem i wspierali dobrym słowem. Dziadek często zabierał mnie ze sobą w te podróże. Widziałam rzeczy, które dziś nazywa się paranormalnymi. Co za idiotyczne określenie. Dla mnie było normalne, że ktoś wyzdrowiał po piciu ziół, po dotknięciu rękoma przez zakonnika, po długotrwałej modlitwie. Kiedy dziś słyszę określenie, że coś jest paranormalne, to mi dusza zgrzyta. Albo gdy ktoś mówi, że uzdrawianie energią to sprawka szatana. Przez zakonników? Miałam z sześć lat, kiedy ich odwiedzałam, ale pamiętam do dzisiaj, jak jeden z nich położył mi rękę na głowie i powiedział: – Patrz, patrz, bo będziesz to samo robiła…
Niedawno zaproszono mnie do telewizji, do programu o rzeczach „niewiarygodnych”. Opowiadałam o swojej pracy, o tym, co robię. Było tam kilku przedstawicieli Kościoła. Jeden z nich, gdy się tak nasłuchał, nasłuchał, pyta wreszcie: – Czy pani wierzy w Boga? Odpowiedziałam: – Przez to co robię – bardziej. Nawet nie krzyczał, tylko się uśmiechnął.

Przychodzą i pytają
Tarota też wyniosłam z domu. Kiedyś wzięłam karty mamy i pamiętając, jak ona to robi, także je rozłożyłam. I wtedy To poczułam.
Dziwne, nieokreślone poczucie siły, pewności siebie, spełnienie, brak jakichkolwiek obaw. Teraz wiem, że to karmiczny talent, który wielu ludziom się przytrafia, ale nie każdy chce lub umie z niego korzystać. Jesteśmy trochę zamknięci na sygnały, które docierają do nas z innej rzeczywistości. Trudno jednak się dziwić. Ludzie dzisiaj stracili kontakt ze sobą, żyją może nie tyle samotnie, ile sami. A czasami chce się z kimś pogadać, coś opowiedzieć, usłyszeć, że będzie dobrze, a jutro jeszcze lepiej. Więc przychodzą i mówią. Przychodzą i pytają: Czy on wróci do mnie? Czy mam zainwestować w ten interes? Jak mam to wszystko udźwignąć? Mają wiele opcji wyboru, a zbyt mało przesłanek, żeby wybrać właściwą. I ja chcę im w tym pomóc. Staram się to udźwignąć. To duża odpowiedzialność. A na dodatek nikt nie może za nikogo decydować. Mówię więc: – W tym i tym czasie proszę uważać na zjawiska, które mogą pomóc wybrnąć z sytuacji. W tym czasie lepiej zaakceptować to, co los przyniesie, z tym i tym będzie po drodze, jego warto się trzymać…
Kiedyś pewna kobieta wybierała się na daleką wycieczkę w świat. Pytała, czy będzie bezpieczna. Kiedy zaczęłam patrzeć, powiedziałam: – W grupie, z którą pani jedzie, będzie bardzo wysoki mężczyzna. Miał rzeczywiście podobno ponad 2 metry wzrostu. Lepiej trzymać się blisko niego. Nie, żeby tak, męsko-damsko, ale towarzysko… Kiedy wróciła z wo- jaży, opowiedziała, jak na targu rabuś wyrywał jej torebkę z rąk, w drugiej ręce trzymając nóż. Wysoki facet z grupy, górując nad tłumem, dostrzegł to natychmiast i popędził z pomocą.
Innym razem, ostrzegłam młodego chłopaka, żeby raczej nie jeździł w najbliższym czasie samochodem. Ale miał taki zawód, że było to niemożliwe. Więc mówię: – Uważaj, bardzo, jak najbardziej, ale jeśli już coś się stanie, nic nie rób, bo wyjdziesz z tego cało. W najbliższej podróży staranował go tir, samochód do kasacji, a chłopak kilka zadrapań na nodze. Dobrze czasem wiedzieć o czymś nieco wcześniej, zaspokoić nie tyle ciekawość, ile troskę o przyszłość, o byt, o życie.

Staram się na te pytania odpowiadać, podpowiadając czas, w którym trzeba przystąpić do działania i jak wydobyć z siebie predyspozycje do wykonania pewnych zadań, oraz wyjaśnić, czy mogą liczyć na sukces, czy też powinni na razie wstrzymać się od jakichkolwiek ruchów.

Przekazuję to, co widzę
To nie jest jasnowidzenie. Nie lubię tego krzykliwego, napuszonego słowa. To intuicja, podświadomość, która podpowiada mi rozwiązania.
Przekazuję to, co widzę, temu, kto chce to zobaczyć, a nie potrafi, nie ma takich umiejętności. Choć, jeśli zechce – mogę go tego nauczyć. Mamy to wszyscy wgrane w nasz program, musimy tylko wyciągnąć go na światło dzienne i odkurzyć. Każdy może się nauczyć reiki. Pierwszy stopień – praca na poziomie materialnym, pozwala zapanować nad naszymi dolegliwościami i skutecznie, powoli je opanować, czyli wyleczyć. I tego nauczy się każdy, kto tylko chce stosować to w praktyce, a nie jedynie czytać kolejne książki, które nie popchną go w działaniach do przodu. Kolejne stopnie – to opanowanie możliwości mentalnych i praca z energią. Trudniejsze, wymagające więcej praktyki, ale zdumiewająco skuteczne. Naprawdę zdumiewająco. Każdy sobie te kanały energetyczne może otworzyć.
Nie każdy chce się jednak uczyć, niektórzy wolą, żebym robiła to za nich, są moimi stałymi klientami. Nie jestem zwolenniczką szybkich, kilkuminutowych działań, które choć skuteczne, nie dają tej satysfakcji kontaktu z drugim człowiekiem, wysłuchania go, wymiany z nim energii. Kiedy ktoś potrafi to odczuć – to wielka przyjemność. Dobrze pogadać z kimś, odczuć jego wibracje, połączyć się, pokazać drogę, zachęcić do życia. Lubię pomagać.
Prowadzę też kursy reiki. Jest coraz więcej chętnych. Czasem w grupie, po kilka osób, w jakiejś salce, czasem zupełnie indywidualnie, u mnie w domu. Ludzie chcą wiedzieć więcej, ale więcej „inaczej”. Nie tylko wyposażyć się w wiedzę, także umieć poruszać się w tej nowej rzeczywistości, którą będą potrafili kreować.
Wziąć los w swoje ręce, decydować bez udziału otaczającego nas świata i jego „wytycznych”, nie zawsze przyjaznych.
Prowadzę także kursy Tarota, bo to pierwszy krok do poznania siebie, kontakt z podświadomością, narzędzie do zrozumienia i nieuchronności losu, i możliwości „wytargowania” od niego, ile się da. Kto dotknie, a potem zrozumie Tarota, ten staje się innym człowiekiem. I widzę to u tych wszystkich, którzy moje kursy kończą.
Nie, nie boję się konkurencji. Jeśli dobra, to pomoże innym. Zła – szybko się wykruszy. Mam „swoje własne reiki”, ze szkoły nie wymagającej Wielkich Mistrzów i jeszcze większych pieniędzy za zdobycie tego tytułu. Ale skuteczne.
Bo nie wszystko tak dokładnie i tak ortodoksyjnie da się przenieść z Chin, Indii, Japonii na europejskie pokoje. Żaden Europejczyk nie ma budowy i nawyków kształconych od dziecka u Hindusów, aby bez bólu siedzieć w pozycji lotosu przez kilka godzin. Feng shui przeniesione na nasz teren, bez żadnej modyfikacji, też się nie sprawdzi, choćby dlatego, że wiatry wieją u nas inaczej i inaczej kształtuje się nasze położenie.
Najważniejszy jest skutek. Jeśli potrafię pomóc, jeśli ktoś przychodzi do mnie kolejny raz i mówi, że chce tylko posiedzieć w moim pokoju – to znaczy, że jest mu tu dobrze i gdy wychodzi, ma zapas energii na jakiś czas. A kiedy podpowiem, jak powinien wybrnąć z trudnej życiowej sytuacji, bo to widzę, czuje się lepiej i ma świadomość, że ktoś stoi za nim i go wspomaga.

Ci, którzy przychodzą pierwszy raz, patrzą z nadzieją na karty leżące na stoliku. Że w nich znajdę rozwiązanie. Karty to teatr, gadżet, narzędzie, coś takiego, jak dwie dźwięczące chińskie kuleczki obracane między palcami podczas medytacji. No, może trochę „wyzwalacz”, kierunek. Cała reszta przychodzi Stamtąd.
Zastrzyk energii
Każdy człowiek jest inny, każdy ma swoją drogę rozwoju, każdy ma przypisany swój los, ale można go zmienić – wtedy, gdy wykorzystamy potencjał, który otrzymaliśmy w dniu narodzin. Dlatego tak ważna jest ta data i dlatego tyle wiadomości przekazuje mi już na początku rozmowy.
O czym rozmawiamy? Mówię, co widzę, ale pytam też, co mój rozmówca chce osiągnąć, wtedy podpowiadam, kiedy i jak najłatwiej tego dokona. Jeden będzie musiał włożyć w to więcej wysiłku, jeśli urodzeniowy Saturn będzie mu w tym stale przeszkadzał, inny mniej – jeśli będzie wspomagać go Jowisz. A kiedy mu tak mówię i mówię – to energia, tak sobie, zwyczajnie do niego leci. I czuje się pewniej, gotów uporać się z zadaniami, które mu życie rzuciło pod nogi. I wychodzi pełen nadziei, że jeśli tylko sam zechce – to pokona przeszkody i ustawi sobie Los tak, żeby jeśli nie był mu całkiem posłuszny, to chociaż z nim współpracował. A to już bardzo dużo.

Śmieję się, że ci, którzy do mnie przychodzą po poradę i z prośbą o pomoc w rozwiązaniu nękających problemów, dostają w gratisowym pakiecie zastrzyk energii pozwalającej na realizację czekających ich zadań. Nie muszę się „napinać”, żeby tę energię generować. Ona wyzwala się samoistnie, dzięki długiej pracy z reiki. To tak, jak z oddychaniem. Człowiek nie zastanawia się nad tym, że oddycha, dopiero kiedy ma zacząć pracę z oddechem, zdaje sobie sprawę z tego, że ten fakt istnieje. Jestem, jakby na stałych bateriach energetycznych, które, jak modne teraz słoneczne panele, ustawione są we mnie na stały odbiór energii i jestem jak takie „słoneczko” do ogrzewania pokoju w zimowe dni.
I przy tym gadaniu, przy tym podpowiadaniu, jak pokonać meandry losów, do tych, którzy zapukali do moich drzwi – ta energia leci.
Często samo to już wystarczy, żeby odeszły jakieś niedomagania albo, żeby urodziło się oczekiwane dziecko, które do tej pory nie miało zamiaru przyjść na świat. Bo kobiety są zaganiane, zamknięte na energię, zablokowane, zestresowane, zresztą mężczyźni też, bo nie zawsze to wina kobiet, że w domu nikt nie woła: mama, tata. I kiedy się u mnie otworzą na tę energię – rodzą się dzieci. Mam ich już niezłą gromadkę. Natomiast dzieci kobiet, które kończyły kursy reiki i stosowały tę sztukę w swoim życiu, są wyraźnie inne, są większe, mocniejsze, szybciej się rozwijają, uczą, mają większy potencjał i …większe oczy. Obserwowałam to dość długo i jestem tego pewna. Bo to, co robię, to także dokładna obserwacja tego, co dzieje się wokół, a obok mnie dzieje się dużo, pozwalając na wyciąganie wniosków z powtarzających się zdarzeń, sytuacji, porównywanie z konkretnymi przypadkami, formowanie przesłania z daty urodzin i predyspozycji ludzkich… To wszystko pozwala mi odpowiadać na pytania zagubionych w naszym wymiarze. No i ta intuicja, ta energia…

– Czy nie za szybko mówię? – martwi się Małgorzata Trzaskoma – zdąży pan zapisać?

– Nie, nie, jakoś sobie radzę – odpowiadam i usiłuję to wszystko razem w logiczną i następującą po sobie całość poukładać. Tak logiczną, jak to, co mówi, tak konsekwentną, jak to, co robi, tak otwartą i serdeczną, jak ona sama. Może mi się uda…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *